Jak po czterdziestce ułożyć sobie życie z młodą, ładną kobietą i wychować kilkunastoletniego syna - antyporadnik.
RSS
piątek, 03 sierpnia 2007
Normalna Polska Rodzina już w księgarniach
09:10, glen.morgan
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 stycznia 2007
zapraszam na nowy blog
Normalna Polska Rodzina ukaże się już wkrótce drukiem (w Wydawnictwie Zysk i ska), każdy obywatel będzie mógł ją sobie więc nabyć i mieć. Zachęcam do zakupu książki i jednoczesnie do śledzenia moich zapisków na nowym blogu.



10:58, glen.morgan
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2006
wyimki

Jazda po krawędzi

Wieczorem zrobiłem wieprzowinę z warzywami na ostro i zaprosiliśmy znajomych. Najlszczęśliwsze Małżeństwo. Przed kolacją zaproponowaliśmy im małą projekcję, na którą chętnie przystali. Obejrzeliśmy więc jeszcze raz, tym razem z nimi wspólnie występ Bliskiej Mi Osoby. Miałem rację Jedziemy po krawędzi. Można to było poznać po ich minach. Ależ byli zdziwieni. Najszczęśliwsze Małżeństwo nigdy się nie kłóci, nie przezywa kryzysów. W najgorszym wypadku przez dziesięć minut zwracają się do siebie normalnie, po imieniu, a nie zdrabniają się do obrzydliwości. Nawet lubię, jak oni są na siebie przez te dziesięć minut obrażeni, jak nie są tacy idealni. Słowo daję, ta ich idealność czasami mi już bokiem wychodzi.
Szczególnie duże wrażenie zdaje się zrobił na Najszczęśliwszym Małżeństwem jeden fragment wypowiedzi Bliskiej Mi Osoby:
- Jak ja mam k... być normalna, jak mój p... facet od dwóch k... lat nie jest w stanie naprawić tego p... kranu.


męczęńska śmierć Kaczyńskiego

Kaczyński nie żyje. Załatwiła go Bliska Mi Osoba. Mówiąc ściślej ugotowała. Okrutna śmierć! Okrutna i niezasłużona. Głupia śmierć! Głupia, bo przecież przypadkowa. Niezliczoną ilość razy mówiłem Bliskiej Mi Osobie, że woda w akwarium jest za gorąca, a ona nic. Ktoś w sklepie zoologicznym powiedział jej, że jak woda będzie zimna rybka dostanie depresji i Bliska Mi Osoba wzięła to sobie do serca. Patrzy przecież na mnie Bliska Mi Osoba co dzień, ma więc niejakie wyobrażenie, czym może być depresja i co może zrobić robi z człowieka (nie mówiąc już o rybce akwariowej). Akwarium zamieniło się więc w istne jakuzzi...


początek - zaprzeszłość


Ponieważ początek nie daje mi spokoju i rozpycha się łokciami w mej wyobraźni pomiędzy wszystkimi aktualnymi wątkami, nie dając tym samym aktualnym wątkom dojść do głosu, postanowiłem wreszcie dać mu posłuch i wrócić do początku. Rozpocząć (choć rzecz dawno jest już w toku) opowiadanie o normalnej polskiej rodzinie. Zmuszony więc napieraniem początku na dalszy tok opowiadania rozpoczynam (ten początek to taka trochę gwiazda, zawsze pcha się na sam przód, sam począteczek by błyszczeć w świetle reflektorów).

A więc, jaka jest historia normalnej polskiej rodziny, skąd się normalna polska rodzina wzięła?

Prehistoria.

W mrokach dziejów (i moich wspomnień) ginie już powoli historia mojego pierwszego (i jedynego na razie, choć niewykluczone, że statystyki odnotują w tej materii pewną zmianę), pierwszego mojego małżeństwa. Z mroków tych, nie całkiem jeszcze przysypana popiołem czasu wydobywa się co jakiś czas postać moje byłej żony. Ani pięknej, ani mądrej, ani dobrej, czyli dokładnie takiej, na jaką zasługiwałem, takiej, jakiej potrzebowałem, takiej, przy której uparcie trwałem przez przeszło 12 lat. Samo małżeństwo trwało lat siedem, ale od liceum tak jakoś nam zeszło jeszcze parę latek razem i wynik w sumie jest taki, jaki jest, a więc 12 lat. Może i te dwanaście lat całkiem odeszłoby już dziś w niepamięć, może już postać moje byłej żony całkiem przysypałby już popiół historii, gdyby nie słodki owoc naszego związku, naszego małżeństwa - nasz syn Maks. Tak jest, gdyby nie częste wieczorne telefony mojej byłej żony do syna, dałbym tej postaci już się zatopić w niepamięć. Cóż, kiedy złośliwe przeznaczenie związało nas przez te telefony na dużo dłużej niż byśmy sobie tego (oboje!) życzyli. A niewykluczone, że moja była żona, życzyła by sobie nawet tego jeszcze mniej niż ja. Tak, daje mi to wyraźnie odczuć kiedy podniosę słuchawkę, a ona jest po drugiej stronie Po drugiej stronie telefonicznego drutu i oceanu jednocześnie. Bo ona, ta moja była żona mieszka w San Francisko, światowej stolicy frików, choć sama raczej do frików się nie zalicza (no może w emocjonalnym sensie to taki trochę z niej frikowiec). W San Francisko mieszkał z nią przez czas jakiś (dwa i pół roku) nasz syn, ale wybrał wolność. Po dwóch i pół roku, postanowił na łono ojczyste wrócić, do taty, do reszty rodziny, do kolegów, na Żoliborz wrócić. Po wizycie pierwszej od dwóch lat i świętach spędzonych w Polsce zdecydował, że nie dla niego te hamburgery i macdonaldy i hot dogi, nie w sensie kulinarnym rzecz jasna tylko kulturowym i emocjonalnym, bo w sensie kulinarnym nic podobno nie jest w stanie dorównać świeżym amerykańskim hamburgerom (zdanie Maksa). Jego decyzja zbiegła się w czasie z decyzją jego mamy o kolejnym rozwodzie, o rozwodzie ze swoim drugim, tym razem już amerykańskim mężem. Jak na małżeństwo, zawarte na kalifornijskiej plaży, to i tak długo pociągnęli, ponad pięć lat zdaje się. W tamtejszych statystykach to wynik całkiem przyzwoity, nie mówiąc już o statystykach małżeństw zawieranych na plaży, w tej kategorii to prawdziwi z nich rekordziści Jak też postanowił, mój syn tak zrobiliśmy. Po przyjeździe na wakacje do Polski, załatwiłem formalności. Brzmi to jakbym miał złożyć swój szanowny podpis na kilku świstkach papieru, ale wierzcie mi nie było to tak proste. Żeby się specjalnie nie rozwodzić wspomnę tylko, że wydawało się prawie niewykonalne, ale jednak udało się tego jednak dokonać dzięki nadludzkiej determinacji. No więc mamy Maksa u siebie, w Polsce, znowu.

Historia.

Zanim przejdę do właściwej historii, do historii normalnej polskiej rodziny, jeszcze na jeden krok trzeba się cofnąć w zaprzeszłość by odsłonić kulisy początków mojego związku z bliską mi osobą. A więc od początku. Poznaliśmy się można powiedzieć zwyczajnie - w programie telewizyjnym. No tak, zaprosiła mnie bliska mi osoba do swojego programu telewizyjnego i tak się poznaliśmy. Napisałem książkę, taką tam o ojcach po rozwodzie i w związku z tym mnie zaprosiła. Tam, na korytarzu na Woronicza, jak się to mówi wpadliśmy sobie w oko (albo w oczy, bo wzajemnie sobie wpadliśmy). Potem zaprosiła mnie drugi i trzeci raz, aż w końcu trzeba było coś z tym zrobić. No to zaprosiłem ją do knajpy, a potem na łyżwy. Na łyżwy, już jednak nie dotarliśmy, a mówiąc ściśle dotarliśmy po przeszło trzech latach od tamtej chwili, co z resztą zostało już odnotowane w dziejach normalnej polskiej rodziny w notce z lutego bieżącego roku. No więc, wtedy na łyżwy nie dotarliśmy, tak nas zajęły inne, nie cierpiące dalszej zwłoki czynności. Tym czynnościom, jak można się domyślać przez najbliższe miesięcy trochę się poświęciliśmy. Z pewnym upodobaniem, którego ślad pozostał nam z resztą do dziś. W między czasie bliska mi osoba straciła pracę w telewizji, a co za tym idzie płynność finansową i wylądowała w mojej kawalerce. Ja zaś bezpośrednio przed tym zajściem odszedłem z pracy, aby zająć się pisaniem. Proszę zachować powagę! Proszę nie chichotać, tak, tak, pisaniem. Pisaniem mojej powieści. No mniejsza, fakty były takie, że finansowo nie wyglądało to specjalnie. Przez dalsze miesiące, okrutny rynek pracy nas nie rozpieszczał, bliska mi osoba znalazła co prawda wkrótce pracę, wprawdzie w tak zwanym zawodzie, ale na czarno i za minimum socjalne, ja zaś próbowałem się utrzymywać za honoraria za zlecone prace pisarskie w postaci opowiadań i wywiadów do kobiecej pracy. Tak to się doturlaliśmy do chwili, kiedy pojawił się w naszym życiu Maks. W moim życiu znowu się pojawił mój wytęskniony syn, w życiu bliskiej mi osoby pojawił się blisko piętnastoletni, trochę zagubiony dryblas. Wcześniej, kiedy zakomunikowałem jej tę radosną wieść, ze mój syn wraca przystała bez mrugnięcia okiem na to, że zmieniamy mieszkanie i zmieniamy całe nasze życie. Wynajęliśmy przestronne mieszkanie, czyli jak mówi bliska mi osoba trzypokojową zapchloną norę w obskurnym mrówkowcu i zaczęliśmy tę rodzinną przygodę. Było trochę obaw, niepowiem. Wszystko jednak ułożyło się nad wyraz gładko, co zasługa jest w dużej mi osobie bliskiej mi osoby, bo przyznać należy, że ona z nas wszystkich w położeniu znalazła się najszczególniejszym. Dała jednak radę, za co pomnik się jej należy, który jej kiedyś wystawie (można mnie trzymać za język, już nawet w myślach go już widzę, ten pomnik). Dała radę, choć przyznać należy, że wiele kobiet w jej położeniu rady nie daje, wcześniej z Maksem

(jeszcze przed jego wyjazdem) mieliśmy takie doświadczenia, smutne.

Jak to można sobie wyobrazić (bez trudu przyjdzie to ludziom którzy rzeczywiście mają wyobraźnie) ten układ przy ciągnącej się w naszym życiu finansowej zapaści dało się utrzymać wyłącznie wytężonym, nadludzkim wysiłkiem nas trojga. Ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić, że nic nie przychodzi łatwo nam, normalnej polskiej rodzinie, a wszystko okupić musimy wręcz nadludzkim wysiłkiem. No ale jakoś dzielnie trwamy i dziś nawet trudno sobie wyobrazić, jak to by było, gdybyśmy nagle któregoś dnia obudzili się i nie tej cholernej góry lodowej na którą w pocie czoła trzeba wdrapywać się prze dzień cały, żeby pod wieczór na sam dół na tyłku zjechać, by następnego dnia trud podjąć na nowo. Kto wie, może tego byśmy nie przetrzymali, takiego szczęścia byśmy nie dali rady unieść. No ale nie ma obaw. Ta perspektywa jest ciągle dość odległa w czasie.

No to początek mamy z głowy, bo od tego momentu mniej więcej zaczynają się czasy współczesne normalnej polskiej rodziny, czyli:

Codzienność.

11:43, glen.morgan
Link Komentarze (2) »

Miernota?